W sezonie 2008/09 beniaminek Premier League, Stoke City, był na ustach wszystkich. Rzuty za autu, uważane dotąd za niezbyt groźny element gry, zostały przez ekipę Tony’ego Pulisa wyniesione na zupełnie inny poziom. Wszystko za sprawą pomocnika, Rory’ego Delapa. Gdy tylko „Garncarze” mieli piłkę na wysokości pola karnego, scenariusz był zawsze ten sam – Delap brał piłkę w ręce, fizycznie nastawieni piłkarze Stoke meldowali się w polu karnym, a bramkarz rywali wiedział, że za chwilę czeka go horror.

Delap w pewnym momencie miał już przygotowany ręcznik, żeby nie musieć wycierać piłki koszulką. Efekt był zdumiewający. Tylko we wspomnianym sezonie aż 8 z 38 goli Stoke padło dzięki temu, co wydarzyło się po rzutach piłki z autu. To dokładnie 21%. Luiz Felipe Scolari, który wtedy pracował w Chelsea, powiedział: „Ten gość gra lepiej rękoma niż nogami. To fantastyczne!”. Mniej skłonni do zachwytu byli ci, których Delap dotkliwie skaleczył. Arsene Wenger stwierdził: „Zmieniłbym przepisy. Najlepiej, jakby auty były wykonywane nogami. W Stoke City mają przewagę, która jest niesprawiedliwa”.

Co ciekawe, kojarzony wyłącznie z pocisków posyłanych w pole karne Delap przez 11 lat był najdroższym piłkarzem w historii… Southampton. Miało to miejsce, zanim jego główny atut został zaprezentowany światu. Był też najlepszym strzelcem Derby County w Premier League w sezonie 1999-00.

Dziś z rzutami piłki z autu rywali się nie walczy, tylko rozwija się ten element u siebie. Liverpool zatrudnił nawet trenera wyspecjalizowanego w tym jednym aspekcie, byłego rekordzistę Guinnessa, Thomasa Gronnemarka. Z wiedzy Duńczyka korzysta również kilka innych klubów.

botociekawe.pl / @lkfoodfest (foto)

Najnowsze

Październik 2005 roku, huczna impreza urodzinowa Diego Maradony. Gości około 400. Rodzina, przyjaciele, celebryci. Argentyńczyk pozuje fotografom obok tortu urodzinowego, następnie wychodzi na scenę i wypowiada do mikrofonu słowa, które najlepiej oddają jego autoironiczny, ale i autodestrukcyjny charakter: „Mam 45 lat! I wciąż żyję!”.

Observer Sport Monthly / @gigidalessioreal (foto)

W kwietniu 1991 roku ówczesny trener U.S. Lecce, Zbigniew Boniek, zawiesił dwóch piłkarzy swojej drużyny – Pietro Paolo Virdisa i Siergieja Alejnikowa – ponieważ nie chcieli uczestniczyć z resztą zespołu we… mszy świętej. Boniek zagrał va banque – Lecce broniło się przed spadkiem, wstrząs mógł zadziałać na zespół różnie. Zwłaszcza, że między Bońkiem a Virdisem momentalnie wywiązał się medialny konflikt. „Może po prostu Polak zazdrości mi, że gram w Serie A w wieku 34 lat, a on musiał skończyć karierę mając 32 lata?” – zastanawiał się publicznie włoski napastnik.

Gazety kpiły: „Sporo łączy całą trójkę. Wszyscy mają wąsy oraz przeszłość w Juventusie”.

Wkrótce panów połączyła też degradacja – Lecce zajęło 15. miejsce w lidze i musiało pożegnać się z Serie A. Alejnikow został w klubie, Virdis zakończył karierę, Boniek przeniósł się do Bari, gdzie rok później… znów spadł do Serie B.

Kolejną szansę trenowania klubu „Zibi” otrzymał w drużynie z włoskiej trzeciej ligi.

mediapolitika.com / Newonce.sport (foto)
Więcej ciekawostek

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.