„Wszystko wskazuje na to, że – tak, tak, to prawda – Czesław Michniewicz zostanie szkoleniowcem Los Angeles Galaxy. Tam właśnie gra David Beckham” – pisał w 2007 roku „Dziennik”, a konkretnie – Krzysztof Stanowski, dziennikarz i przyjaciel Michniewicza.

Był tylko jeden problem, o którym panowie nie wiedzieli. Osoba, która zaproponowała pracę Michniewiczowi nie nazywała się Anna Johnson (jak podawała) i nie była asystentką dyrektora klubu (jak twierdziła). Ofertę „Polskiemu Mourinho” złożyła… dziennikarka „Super Expressu”, Marta Rawicz-Kosecka.

(Teraz na moment odejdźmy od futbolu: ta sama dziennikarka ma na koncie wygrany proces z Marcinem Najmanem, który nazwał ją „kochanką Salety”. Najman do dziś nie zrealizował wyroku sądu. Wracamy do piłki nożnej)

Michniewicz połknął przynętę. Był wtedy mistrzem Polski z Zagłębiem Lubin, czuł się mocny. Tak mocny, że oczyma wyobraźni już trenował Beckhama, może nawet poprawiał jakość jego rzutów wolnych i dośrodkowań. – Proszę zadzwonić później, bo jestem na lekcji angielskiego. Właśnie ćwiczymy zdanie „David, wracaj do zajęć” – zażartował, gdy o komentarz poprosił go „Dziennik”. Ewidentnie poczuł wiatr w żagle.

W mailu, który Michniewicz napisał do rzekomej działaczki, był bardzo wylewny: „Obecnie zarabiam miesięcznie 48 tysięcy polskich złotych, to jest w przeliczeniu ok. 16 tysięcy dolarów, do tego dochodzą bonusy za wygrane mecze i zdobyte trofea. Gdyby była możliwość, to moja żona chętnie podjęłaby jakąś pracę, z zawodu jest magistrem wychowania fizycznego” – pisał.

Gdy „Super Express” triumfalnie ogłosił, że wpuścił „Polskiego Mourinho” w maliny, ten próbował obrócić sprawę w żart. – Mnie to nie śmieszy – skomentował krótko ówczesny prezes Zagłębia Lubin, Robert Pietryszyn, wyraźnie zażenowany całą sytuacją.

Super Express / Dziennik / michniewicz.com.pl (foto)

Najnowsze

Wrzesień 2014 roku, ośrodek treningowy Liverpoolu w Melwood. Piłkarze ćwiczą zachowanie przy rzutach rożnych przeciwników. Każdy z nich wie, gdzie ma stać i jak się zachować podczas dośrodkowań, bo dokładnie wyjaśnił to menadżer Brendan Rodgers.

Mario Balotelli stał jednak tam, gdzie akurat miał ochotę.

– Co ty robisz? Idź zajmij swoją pozycję – nawoływał zawodnika Rodgers.
– Nie – odburknął „Super Mario”
– Dlaczego?
– Jestem napastnikiem i nie wracam na rzuty rożne.

Trener był w szoku, piłkarze byli zdegustowani, a Mario był po prostu sobą. Zblazowany, niechętny do współpracy i nauki. Mimo że w klubie był dopiero od miesiąca nie zamierzał zjednywać sobie ludzi. Ostatecznie, po namowach, Balotelli łaskawie zgodził się wziąć udział w akcji defensywnej, aczkolwiek zrobił to z możliwie najmniejszym zaangażowaniem.

Pobyt Ballotellego w Liverpoolu najlepiej podsumowują jego statystyki w Premier League (1 gol w 16 meczach, mimo aż 56 oddanych strzałów) oraz słowa wieloletniego kapitana klubu z Anfield, Stevena Gerrarda („Idąc walczyć razem z Balotellim, zawsze będziesz po stronie przegranych”).

Jeden z najbardziej lojalnych piłkarzy w historii Liverpoolu, Jamie Carragher, wziął ślub kilka tygodni po wygraniu z „The Reds” słynnego finału Ligi Mistrzów z Milanem w 2005 roku. I choć był wtedy u szczytu kariery, a za prawa do zdjęć z ceremonii mógł otrzymać ogromne pieniądze – postanowił sprzedać je klubowemu magazynowi Liverpoolu „The Kop” za raptem jednego funta.

The Times / 23_carra (foto)
Więcej ciekawostek

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.