„Może chciałbyś spróbować swoich sił w Torino?” – usłyszał 17-letni Patrice Evra od człowieka, który wypatrzył go na turnieju drużyn pięcioosobowych w Juvisy. Francuz do dziś pamięta jego imię i nazwisko – Onofrio Giammarresi. Będzie je zresztą pamiętał za 30 lat, a za 60 lat będą je pamiętały jego dzieci. Giammarresi był wtedy recepcjonistą w hotelu, ale jednocześnie skautem. Evra – co oczywiste, bo jego status we francuskim futbolu był wtedy żaden – zgodził się na testy, które wypadły całkiem nieźle. Dostał kontrakt. Ale nie w Torino, tylko… w trzecioligowej Marsalii.

Trzeba było jednak dotrzeć na obóz przygotowawczy tej drużyny. Z Paryża do Mediolanu jeszcze się jakoś udało, gorzej było potem. Evra nie potrafił się odnaleźć na dworcu – nie był w stanie rozwikłać tablicy informującej o odjazdach pociągów. Najpierw był płacz, rezygnacja, potem znów płacz, telefon do mamy. Decyzja: wracam. Chwilę później zmiana decyzji: zostaję, śpię na dworcu. Wtedy podłamany Evra poznał człowieka z Senegalu, który zaoferował mu nocleg, nakarmił, a dzień później wsadził do właściwego pociągu. „Chciałbym go jeszcze kiedyś spotkać” – powie po wielu latach.

Evra był już w drodze na obóz swojego klubu, ale pojawił się kolejny problem. Gdzie wysiąść? Kolejny atak paniki. Ostatecznie Francuzem zajęła się grupa zakonnic, która podróżowała tym samym pociągiem. Dialogi momentami były kuriozalne.

– To już?! Mam wysiadać?!
– Nie, damy ci znać

5 minut później.

– Teraz? To moja stacja?
– Nie.
– Na pewno?
– NA PEWNO!!!

„Kiedy wysiadałem, niemal wypchnęły mnie z pociągu. Widok moich pleców była dla nich bardzo przyjemny” – powie z uśmiechem Evra gazecie „The Guardian” wiele lat później.

Udało się. 17-letni Evra, wtedy napastnik, związał się z trzecioligowym włoskim klubem. Zwycięzca Ligi Mistrzów, mistrz Anglii i Włoch, 81-krotny reprezentant Francji po latach przyzna: „Największą radość, jaką dał mi futbol, był pierwszy zawodowy kontrakt z Marsalą”.

The Guardian / @patrice.evra (foto)

Najnowsze

Kiedy Son Heung-min był nastolatkiem, jego trenerem w szkolnej drużynie był własny ojciec, Son Woong-jung. Syn nie miał u taty taryfy ulgowej – wręcz przeciwnie. Jednym z ćwiczeń na treningach była 40-minutowa żonglerka. Zasada był taka: jeśli komuś spadnie piłka, ok, ćwiczymy dalej. Jeśli jednak piłka spadnie Sonowi, wszyscy zaczynają od początku.

Sam piłkarz po latach wspominał, że kiedyś ojciec kazał jemu i bratu przez 4 godziny żonglować piłką. Bez przerwy, bez błędu. Son miał wtedy mniej więcej 10 lat, ale dał radę. To zresztą ojciec skutecznie go przekonał, że ślub w trakcie kariery piłkarskiej to kiepskie rozwiązanie. 28-letni Son na wszelki wypadek pozostaje więc kawalerem.

The Guardian / @hm_son7 (foto)

Gdy w 2012 roku John Terry został oskarżony o rasistowskie zachowanie wobec Antona Ferdinanda, jego sądowy obrońca George Carter-Stephenson wspomniał podczas procesu, że Terry czterokrotnie w karierze oglądał czerwone kartki. Miało to na celu przedstawić ówczesnego zawodnika Chelsea w lepszym świetle niż jako boiskowego rozrabiakę.

– Cztery razy, możesz powtórzyć, proszę? – zagaił piłkarza.
– Proszę, proszę, proszę, proszę – odparł Terry.

Na sali zaroiło się od ironicznych uśmiechów. Terry nie wiedział, o co chodzi.

standard.co.uk / @johnterry.26 (foto)
Więcej ciekawostek

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.