2011 rok, Białystok, za chwilę kibiców czeka mecz 3. kolejki Ekstraklasy. Do szkoleniowca Jagiellonii, Czesława Michniewicza, podchodzi Maciej Szczęsny, trener bramkarzy Korony Kielce. W ręce trzyma koszulkę z nadrukowanym telefonem komórkowym i napisem „CM 711”. Za chwilę wręczy ją w ramach złośliwego prezentu. Złośliwego, bo było to nawiązanie do liczby połączeń, jakie Michniewicz odbył ze słynnym „Fryzjerem”, kluczowym członkiem mafii ustawiającej mecze piłkarskie.

Michniewicz prezent przyjmuje, uśmiecha się. O sprawie początkowo nie piszą żądne gazety, telewizja również nie pokazuje zdarzenia.

W rozmowie z „Gazetą Wyborczą” Szczęsny ironizuje: „Zrobiłem to w dowodzie uznania. To rzeczywiście duża sztuka rozmawiać z Ryszardem F. tak często i ani razu o futbolu”.

botociekawe.pl / michniewicz.com.pl (foto)

„Wszystko wskazuje na to, że – tak, tak, to prawda – Czesław Michniewicz zostanie szkoleniowcem Los Angeles Galaxy. Tam właśnie gra David Beckham” – pisał w 2007 roku „Dziennik”, a konkretnie – Krzysztof Stanowski, dziennikarz i przyjaciel Michniewicza.

Był tylko jeden problem, o którym panowie nie wiedzieli. Osoba, która zaproponowała pracę Michniewiczowi nie nazywała się Anna Johnson (jak podawała) i nie była asystentką dyrektora klubu (jak twierdziła). Ofertę „Polskiemu Mourinho” złożyła… dziennikarka „Super Expressu”, Marta Rawicz-Kosecka.

(Teraz na moment odejdźmy od futbolu: ta sama dziennikarka ma na koncie wygrany proces z Marcinem Najmanem, który nazwał ją „kochanką Salety”. Najman do dziś nie zrealizował wyroku sądu. Wracamy do piłki nożnej)

Michniewicz połknął przynętę. Był wtedy mistrzem Polski z Zagłębiem Lubin, czuł się mocny. Tak mocny, że oczyma wyobraźni już trenował Beckhama, może nawet poprawiał jakość jego rzutów wolnych i dośrodkowań. – Proszę zadzwonić później, bo jestem na lekcji angielskiego. Właśnie ćwiczymy zdanie „David, wracaj do zajęć” – zażartował, gdy o komentarz poprosił go „Dziennik”. Ewidentnie poczuł wiatr w żagle.

W mailu, który Michniewicz napisał do rzekomej działaczki, był bardzo wylewny: „Obecnie zarabiam miesięcznie 48 tysięcy polskich złotych, to jest w przeliczeniu ok. 16 tysięcy dolarów, do tego dochodzą bonusy za wygrane mecze i zdobyte trofea. Gdyby była możliwość, to moja żona chętnie podjęłaby jakąś pracę, z zawodu jest magistrem wychowania fizycznego” – pisał.

Gdy „Super Express” triumfalnie ogłosił, że wpuścił „Polskiego Mourinho” w maliny, ten próbował obrócić sprawę w żart. – Mnie to nie śmieszy – skomentował krótko ówczesny prezes Zagłębia Lubin, Robert Pietryszyn, wyraźnie zażenowany całą sytuacją.

Super Express / Dziennik / michniewicz.com.pl (foto)

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.