Gdy w 2012 roku John Terry został oskarżony o rasistowskie zachowanie wobec Antona Ferdinanda, jego sądowy obrońca George Carter-Stephenson wspomniał podczas procesu, że Terry czterokrotnie w karierze oglądał czerwone kartki. Miało to na celu przedstawić ówczesnego zawodnika Chelsea w lepszym świetle niż jako boiskowego rozrabiakę.

– Cztery razy, możesz powtórzyć, proszę? – zagaił piłkarza.
– Proszę, proszę, proszę, proszę – odparł Terry.

Na sali zaroiło się od ironicznych uśmiechów. Terry nie wiedział, o co chodzi.

standard.co.uk / @johnterry.26 (foto)

Mecz Górnik Zabrze – Jagiellonia Białystok, Orange Ekstraklasa, 2008 rok.

85. minuta: bramkarz Jagi, Jacek Banaszyński, wdaje się w drybling, traci piłkę, fauluje i wylatuje z boiska. Komplet zmian wykorzystany. W bramce melduje się były reprezentant Polski, Radosław Kałużny. Już chwilę później z rzutu wolnego próbuje go zaskoczyć inny eks-kadrowicz Tomasz Hajto. Kałużny broni jednak jego strzał, a następnie również dobitkę Tomasza Zahorskiego.

90. minuta: kontuzja Borisa Peskovicia. Zmiany u zabrzan również wykorzystane, a radzić sobie jakoś trzeba. Decyzja: między słupkami stanie Hajto.

W ten oto sposób dostępu do bramek klubów ekstraklasy bronili jednocześnie zawodnicy, którzy rozegrali w sumie ponad 100 meczów dla reprezentacji Polski – jeden w obronie, drugi w pomocy.

W pomeczowej sondzie gazeta.pl 83% kibiców uznało, że lepiej w bramce poradził sobie popularny „Kałuża”. Mecz zakończył się jednak wynikiem 3:0 dla Górnika.

botociekawe.pl / @tomaszhajto7

Gdy w 2007 roku 41-letni Romario wrócił do swojego kraju, aby po raz ostatni zagrać w Vasco da Gama, lokalne media łapały się za głowy. Brazylijczyk nie pozostawał dziennikarzom dłużny i odmawiał wywiadów. Zrobił jeden wyjątek – dla magazynu dla mężczyzn „Trip”. Zapytany, co jest kluczem do sukcesu, wymienił 10 zasad.

Numer 1: Znajdź dupka, który ciągle cię krytykuje, i potraktuj go jako motywację.
Numer 6: Marz jak skur…
Numer 10: Bzykaj się codziennie, ale nie więcej niż 3 razy.

Już w drugim spotkaniu po powrocie do Vasco Brazylijczyk wszedł z ławki i zdobył hat-tricka. W 15 minut.

Trip / @romariofaria (foto)

„Może chciałbyś spróbować swoich sił w Torino?” – usłyszał 17-letni Patrice Evra od człowieka, który wypatrzył go na turnieju drużyn pięcioosobowych w Juvisy. Francuz do dziś pamięta jego imię i nazwisko – Onofrio Giammarresi. Będzie je zresztą pamiętał za 30 lat, a za 60 lat będą je pamiętały jego dzieci. Giammarresi był wtedy recepcjonistą w hotelu, ale jednocześnie skautem. Evra – co oczywiste, bo jego status we francuskim futbolu był wtedy żaden – zgodził się na testy, które wypadły całkiem nieźle. Dostał kontrakt. Ale nie w Torino, tylko… w trzecioligowej Marsalii.

Trzeba było jednak dotrzeć na obóz przygotowawczy tej drużyny. Z Paryża do Mediolanu jeszcze się jakoś udało, gorzej było potem. Evra nie potrafił się odnaleźć na dworcu – nie był w stanie rozwikłać tablicy informującej o odjazdach pociągów. Najpierw był płacz, rezygnacja, potem znów płacz, telefon do mamy. Decyzja: wracam. Chwilę później zmiana decyzji: zostaję, śpię na dworcu. Wtedy podłamany Evra poznał człowieka z Senegalu, który zaoferował mu nocleg, nakarmił, a dzień później wsadził do właściwego pociągu. „Chciałbym go jeszcze kiedyś spotkać” – powie po wielu latach.

Evra był już w drodze na obóz swojego klubu, ale pojawił się kolejny problem. Gdzie wysiąść? Kolejny atak paniki. Ostatecznie Francuzem zajęła się grupa zakonnic, która podróżowała tym samym pociągiem. Dialogi momentami były kuriozalne.

– To już?! Mam wysiadać?!
– Nie, damy ci znać

5 minut później.

– Teraz? To moja stacja?
– Nie.
– Na pewno?
– NA PEWNO!!!

„Kiedy wysiadałem, niemal wypchnęły mnie z pociągu. Widok moich pleców była dla nich bardzo przyjemny” – powie z uśmiechem Evra gazecie „The Guardian” wiele lat później.

Udało się. 17-letni Evra, wtedy napastnik, związał się z trzecioligowym włoskim klubem. Zwycięzca Ligi Mistrzów, mistrz Anglii i Włoch, 81-krotny reprezentant Francji po latach przyzna: „Największą radość, jaką dał mi futbol, był pierwszy zawodowy kontrakt z Marsalą”.

The Guardian / @patrice.evra (foto)

Barcelona, mniej więcej połowa 2006 roku. Frank Lampard poleciał do Hiszpanii nagrywać reklamę dla Pepsi. Dwie inne gwiazdy futbolu, Ronaldinho i Thierry Henry, mieli to już za sobą. Brazylijczyk zachwycił obecnych podczas nagrania żonglerką głową, Henry z kolei pokazał, jak błyskawicznie i efektownie można zmienić kierunek biegu z piłką. Przyszła kolej na „Lampsa”.

„No dobra, Frank, teraz ty. Wykonaj coś, z czego jesteś znany, jakiś swój popisowy numer” – podpowiedział mu amerykański reżyser, licząc na jakieś niesamowite sztuczki z piłką angielskiego zawodnika.

Lampard chwilę pomyślał. „Dobrze odbieram piłki” – zaczął niezbyt przekonująco. „Poza tym nieźle strzelam i zdobywam bramki jako pomocnik”.

Reżyser był daleki od zachwytu.

Daily Telegraph / @franklampard

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.