Ojciec Erlinga Haalanda, Alf-Inge Haaland, poza scysjami z Royem Keanem w meczach Manchesteru City z Manchesterem United znany jest w Anglii jeszcze z innej boiskowej awantury. Podczas jednego z treningów w Nottingham Forest w połowie lat 90. Norweg kilka razy mocno wszedł w nogi Stana Collymore’a (na zdjęciu z prawej), znakomitego napastnika, później zresztą najdroższego piłkarza w historii angielskiej piłki, a także… aktora drugiej części Nagiego Instynktu (to on wpadł do Tamizy, jadąc z piękną Sharon Stone).

Collymore po pierwszym ostrym wejściu Haalanda próbował słownie upominać kolegę z drużyny, ale gdy ten rodzaj perswazji nie przynosił spodziewanego efektu, w którymś momencie uderzył Haalanda w twarz. Świadkowie wspominają, że był to lewy sierpowy. Nokautujący lewy sierpowy.

Collymore został wyrzucony z treningu. Gdy następnego dnia przybył na zajęcia, koledzy z drużyny zaczęli… śpiewać piosenkę z filmu Rocky.

Daily Mirror / @stancollymore (foto)

„Wszystko wskazuje na to, że – tak, tak, to prawda – Czesław Michniewicz zostanie szkoleniowcem Los Angeles Galaxy. Tam właśnie gra David Beckham” – pisał w 2007 roku „Dziennik”, a konkretnie – Krzysztof Stanowski, dziennikarz i przyjaciel Michniewicza.

Był tylko jeden problem, o którym panowie nie wiedzieli. Osoba, która zaproponowała pracę Michniewiczowi nie nazywała się Anna Johnson (jak podawała) i nie była asystentką dyrektora klubu (jak twierdziła). Ofertę „Polskiemu Mourinho” złożyła… dziennikarka „Super Expressu”, Marta Rawicz-Kosecka.

(Teraz na moment odejdźmy od futbolu: ta sama dziennikarka ma na koncie wygrany proces z Marcinem Najmanem, który nazwał ją „kochanką Salety”. Najman do dziś nie zrealizował wyroku sądu. Wracamy do piłki nożnej)

Michniewicz połknął przynętę. Był wtedy mistrzem Polski z Zagłębiem Lubin, czuł się mocny. Tak mocny, że oczyma wyobraźni już trenował Beckhama, może nawet poprawiał jakość jego rzutów wolnych i dośrodkowań. – Proszę zadzwonić później, bo jestem na lekcji angielskiego. Właśnie ćwiczymy zdanie „David, wracaj do zajęć” – zażartował, gdy o komentarz poprosił go „Dziennik”. Ewidentnie poczuł wiatr w żagle.

W mailu, który Michniewicz napisał do rzekomej działaczki, był bardzo wylewny: „Obecnie zarabiam miesięcznie 48 tysięcy polskich złotych, to jest w przeliczeniu ok. 16 tysięcy dolarów, do tego dochodzą bonusy za wygrane mecze i zdobyte trofea. Gdyby była możliwość, to moja żona chętnie podjęłaby jakąś pracę, z zawodu jest magistrem wychowania fizycznego” – pisał.

Gdy „Super Express” triumfalnie ogłosił, że wpuścił „Polskiego Mourinho” w maliny, ten próbował obrócić sprawę w żart. – Mnie to nie śmieszy – skomentował krótko ówczesny prezes Zagłębia Lubin, Robert Pietryszyn, wyraźnie zażenowany całą sytuacją.

Super Express / Dziennik / michniewicz.com.pl (foto)

Jeden z najbarwniejszych polskich piłkarzy ostatnich dwudziestu lat, Piotr Świerczewski, nigdy nic czerpał z niepisanej zasady, że do dziennikarzy nie należy strzelać. Przeciwnie – on strzelał do nich, jak do kaczek. Straszył, groził, a bywało, że od słów przechodził do czynów. Przez wiele lat dziennikarzy po prostu nie znosił.

Popularny „Świr” podczas jednego ze zgrupowań Lecha Poznań w Turcji potrafił zapytać Przemysława Rudzkiego, czy woli otrzymać cios z pięści czy plaskacza. Bywało też, że dzwonił rano do Krzysztofa Stanowskiego i mówił, że choć nie ma do niego żadnych pretensji o krytykę, to niestety – jego koledzy już tak (co ciekawe, za ataki na „Świra”) i redaktorowi może stać się krzywda. Pewnego razu powiedział do obecnego właściciela serwisu weszlo.com: „Nie chodzi przecież o to, żeby mijając się na schodach, jeden z nas z nich spadł”. Co ciekawe, panowie dziś żyją w bardzo dobrych relacjach, do niedawna byli nawet sąsiadami.

Z kolei podczas mundialu w 2002 roku urodzony w Nowym Sączu zawodnik wyzwał na tak zwaną „solówkę” Cezarego Kowalskiego, dziennikarza obecnie związanego ze stacją Polsat Sport.

Dwa lata później Świerczewski miał już nowego rywala. Po meczu Polski z Irlandią krewki zawodnik miał zaatakować znanego dziennikarza „Piłki Nożnej”, Adama Godlewskiego. – Facet napadł na mnie po meczu i okładał pięściami. Jestem po obdukcji lekarskiej, mam wstrząs mózgu – relacjonował przebieg ataku Godlewski w „Gazecie Wyborczej”. – To nie byłem ja, tylko mój kolega – spokojnie tłumaczył po latach „Świr”, który początkowo wersję miał inną. – Jakiś kibic pewnie mu walnął – twierdził, dodając: – W czasie, gdy go pobito, byłem w innym miejscu i mam na to ze 20 świadków!

Świerczewski miał też scysję z Jarosławem Czerniakiem, dziennikarzem wówczas pracującym w „Przeglądzie Sportowym”. „Sprawa została wyciszona i zatuszowana tylko dzięki usilnym zabiegom działaczy Kolejorza, którym nadzwyczaj zależało na utrwaleniu dobrego wizerunku klubu i uchronieniu zawodnika przed bezwzględną dyskwalifikacją” – pisał w swojej książce redaktor Jacek Kmiecik.

"Piłkarski pasjans, czyli co kryją karty polskiego futbolu" / @piotrswierczewski7 (foto)

Szatnia Liverpoolu po wygraniu Ligi Mistrzów w 2005 roku. Godzina mniej więcej 01:30. Do środka wchodzi wzruszony David Moores, wieloletni prezes klubu.

– Słuchaj, mogę na słowo? – zaczepia go pomocnik Dietmar Hamann.
– Jasne, o co chodzi.
– Poczęstujesz mnie papierosem?

Hamann w swojej autobiografii napisał, że Moores zrobił wówczas minę, jakby ktoś go poprosił, aby oddał dopiero co zdobyty puchar Milanowi. A chodziło tylko o papierosa, Hamann pechowo nie miał ze sobą swoich.

– Wybacz, ale nie mogę. Bo co będzie, jeśli Rafa tu za chwilę wejdzie? – wyszeptał Moores, wyraźnie poruszony prośbą zawodnika.

Niemiec nie wierzył własnym uszom. Beniteza (ówczesny menadżer LFC) mógł się bać Jerzy Dudek, mógł się go bać nawet Steven Gerrard, ale prezes klubu, jego własny pracodawca? I to w takim momencie? Odmawiać papierosa piłkarzowi, który strzelił dla „The Reds” gola w serii rzutów karnych, mimo złamanej nogi?

Ostatecznie po negocjacjach Moores odpuścił. Hamann mu tylko obiecał, że jeśli Benitez wejdzie do szatni, to Niemiec skłamie, że papierosy były jego.

Liverpool Echo / @hamann.didi (foto)

W sezonie 1996/97 królem strzelców Ligi Mistrzów został pomocnik z Jugosławii, Milinko Pantić. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jeszcze dwa lata wcześniej… właściwie nikt go nie znał. Pantić do Atletico przyszedł w 1995 roku z greckiego Panioniosu. Miał prawie 29 lat, nie wystąpił wcześniej ani razu w reprezentacji, a dziennik „Marca” o transferze informował następująco: „Radić wkrótce podpisze kontrakt z Atletico”.

Radić…

Trener Radomir Antić był Panticiem zainteresowany na tyle, że sam był gotowy zapłacić Grekom za transfer, gdyby jego klub zbyt długo się wahał – a chodziło o 75 milionów peset, czyli naprawdę sporo.

Nieznany nikomu w Hiszpanii Pantić w debiutanckim sezonie pomógł swojej drużynie sięgnąć po dublet. W finale Pucharu Króla, przeciwko Barcelonie, zdobył zresztą jedynego gola. Rozegrał też najwięcej meczów, obok Juana Vizcaina, spośród wszystkich piłkarzy Atletico z pola.

Rok później zasłynął z czegoś innego – zdobył aż cztery gole na Camp Nou w pucharowym meczu przeciwko Barcelonie, który jego zespół… zdołał przegrać 4:5.

estoesatleti.es / @retro_football_oldschool (foto)

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.