– A może chciałbyś zagrać w Liverpoolu? – spytał Johna Terry’ego słynny trener Liverpoolu, Gerard Houllier. Był rok 2003.

– Z przyjemnością – odparł Terry.
Jeszcze tego samego dnia do zawodnika podszedł inny z trenerów LFC.

– Podasz mi numer do swojego agenta? – poprosił.
– Podam ci swój prywatny numer – zaproponował Terry.

Dialog miał miejsce po ostatnim meczu sezonu 2002/03. Chelsea – wtedy jeszcze dosyć skromny zespół z Londynu, bez wsparcia rosyjskiego kapitału – wygrała z Liverpoolem 2:1 i zapewniła sobie kosztem „The Reds” miejsce w kwalifikacjach Ligi Mistrzów. „Skromny zespół” – to idealne określenie. W tamtym sezonie Chelsea dokonała tylko dwóch transferów – darmowego i za 500 tysięcy funtów. Zespół miał solidne długi, trzy lata z rzędu kompromitował się w Pucharze UEFA – z tych rozgrywek wyrzucały go kolejno St. Gallen (1. runda), Hapoel Tel Awiw (2. runda) i Viking (1. runda). Tę ostatnią rywalizację można było zapamiętać z tego, że około stu policjantów w Norwegii podczas rewanżowego meczu bawiło się w najlepsze, niczym nie zamierzając odróżniać się od kibiców.

Terry był chętny na Liverpool, a klub z Anfield planował jeszcze pozyskanie Franka Lamparda. Niestety dla nich, w Londynie wkrótce pojawił się Roman Abramowicz. Wszystko się zmieniło. W jednej chwili zakończył się okres, w których przejście z Chelsea do Liverpoolu jawiło się jako zawodowy awans.

Co ciekawe, Terry w młodości bardzo mocno przymierzany był do Manchesteru United. Ten klub uwielbiali jego ojciec i dziadek – dość powiedzieć, że na telewizorze w rodzinnym domu Johna znajdowało się oprawione w ramkę zdjęcie jego taty z Aleksem Fergusonem. Gdy sam zdolny nastolatek miał wątpliwości co do związania się z Man Utd, w klubie poproszono starszego o 5 lat Davida Beckhama, żeby jakoś na niego wpłynął.

Bezskutecznie. 14-letni Terry wybrał Chelsea. Musiał jednak uzyskać zgodę rodzica, a ojciec stanowczo odmówił. Nie zgadzał się z decyzją syna, był rozsierdzony. Ostatecznie na pierwszej umowie Terry’ego z Chelsea podpisać musiała się jego mama.

Daily Mail / The Sun / Daily Telegraph / @johnterry.26 (foto)

Gdy w 2012 roku John Terry został oskarżony o rasistowskie zachowanie wobec Antona Ferdinanda, jego sądowy obrońca George Carter-Stephenson wspomniał podczas procesu, że Terry czterokrotnie w karierze oglądał czerwone kartki. Miało to na celu przedstawić ówczesnego zawodnika Chelsea w lepszym świetle niż jako boiskowego rozrabiakę.

– Cztery razy, możesz powtórzyć, proszę? – zagaił piłkarza.
– Proszę, proszę, proszę, proszę – odparł Terry.

Na sali zaroiło się od ironicznych uśmiechów. Terry nie wiedział, o co chodzi.

standard.co.uk / @johnterry.26 (foto)

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.