„Co oni palą na tym Emirates? – zapytał publicznie właściciel Liverpoolu, John Henry, gdy w 2013 roku poinformowano go o ofercie Arsenalu za ówczesną gwiazdę „The Reds”, Luisa Suareza. Proponowana kwota była rzeczywiście nietypowa: 40,000,001 funtów. Jedynka na końcu bynajmniej nie jest błędem…

Media szybko ustaliły, że chodzi o zapis w kontrakcie Urugwajczyka. Zagwozdką pozostawało jednak, czy Suarez faktycznie miał klauzulę odstępnego wynoszącą „powyżej 40 milionów funtów” czy też Liverpool był jedynie zobowiązany do poinformowania piłkarza o każdej takiej propozycji, natomiast nie musiał go sprzedawać.

Do dziś nie do końca wiadomo, co autorzy oferty mieli na myśli. Wersje są dwie. Pierwsza: Arsenal został wprowadzony w błąd i faktycznie myślał, że aktywuje klauzulę w kontrakcie Suareza. Druga: klub doskonale wiedział, że Liverpool za taką kwotę „El Pistolero” nie sprzeda, ale jeśli będzie musiał powiedzieć mu o ofercie, to Urugwajczyk w jakiś sposób wymusi transfer. 40 milionów i 1 funt to zresztą było całkiem sporo, zwłaszcza jak na „Kanonierów” – ich rekord transferowy wynosił wtedy zaledwie 15 mln.

Liverpool piłkarza oczywiście Arsenalowi nie sprzedał, w dodatku zachował zadrę w sercu. Dowód? Gdy w kontrakcie Roberto Firmino wpisano klauzulę odstępnego wynosząca 89 mln funtów, dodano do niej zapis, że nie dotyczy jednego klubu. Oczywiście – Arsenalu.

Daily Mirror / @luissuarez9 (foto)

Na początku sezonu 2009-10 na Bayern Monachium spadła lawina krytyki. W pierwszych dziewięciu meczach Bundesligi Bawarczycy wygrali tylko czterokrotnie, a media prześcigały się w plotkach o zwolnieniu trenera Louisa van Gaala. Październikowy, domowy mecz z Eintrachtem Frankfurt miał być dla Holendra spotkaniem o zachowanie posady.

Do 60. minuty jest 0:0, potem prowadzenie obejmują goście. Dziewięć minut później gwizdy ucisza Arjen Robben, ale 1:1 to wciąż za mało do uratowania pracy przez van Gaala. Czas mija, a Bayern dalej bije głową w mur. 86. minuta – Van Gaal idzie va banque. Zdejmuje napastnika i wprowadza… obrońcę. Gdyby szaleństwo tamtej decyzji ocenić w dziesięciopunktowej skali, otrzymałby 12. Tak czy siak – Martin Demichelis wchodzi na plac gry za Lucę Toniego, tego już się nie cofnie. Holender jednak nie zamierzał bronić wyniku – Demichelis zajął miejsce w obronie, a do ataku popędził inny stoper, Daniel van Buyten.

Dwie minuty później – gol dla Bayernu. Autorem nowy napastnik. Oczywiście van Buyten.

Był to jeden z dni, w których van Gaal pokazał w Monachium jaja. Innym razem zrobił to dosłownie – po prostu zdjął spodnie przy drużynie, aby udowodnić piłkarzom, że nie będzie się bał odważnych decyzji.

botociekawe.pl

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.