W 1996 roku Jose Mourinho – wówczas asystent Bobby’ego Robsona w Barcelonie, a także jego tłumacz – udał się do Belgradu wraz z dziennikarzem i fotoreporterem gazety „El Pais”. Cel: obejrzeć w akcji rywala „Dumy Katalonii” w rozgrywkach Pucharu Zdobywców Pucharów, Crvene zvezdę. Jego towarzysze w trakcie wyjazdu pozwalali sobie na niewybredne żarty. Niekoniecznie poprawne politycznie.

– Ej, a wy z tym Robsonem…

– Co?

– Wy to chyba jesteście parą, prawda? Tyle lat razem… Wiesz, takie plotki chodzą.

– Przyjdź następnym razem ze swoją siostrą, to się dowiesz, na ile są prawdziwe.

„Mou” już wtedy nie gryzł się w język. Potrafił na przykład skomentować występ znakomitego Brazylijczyka Ronaldo słowami: „Powiedzieliśmy mu, że strzelenie pięknego gola nie oznacza, że pozostałe 89 minut meczu może przesypiać”. Robsona też tłumaczył na konferencjach prasowych z celową niedokładnością, bo lubił dodawać sporo od siebie.

Gdy na Camp Nou pojawił się Louis Van Gaal, Mourinho pozostał w klubie. Wkrótce Holender słuchał go bardziej niż asystentów, których sam sprowadził do Barcelony. Zapytany po latach, jak wspomina portugalskiego współpracownika, Van Gaal odparł: „Arogancki młody człowiek, który nie za bardzo szanował autorytety. Lubiłem to w nim”.

FourFourTwo / @josemourinho (foto)

Swojego asystenta z Realu Madryt, Davida Bettoniego, Zinedine Zidane poznał w 1988 roku, kiedy obaj występowali w młodzieżowej drużynie AS Cannes. Francuski klub wynajmował wtedy dom dla swoich utalentowanych zawodników, a Bettoni regularnie odwiedzał pokój Zidane’a o numerze 207, aby… umyć stopy w bidecie. Panowie polubili się tak mocno, że kiedy osiem lat później Zidane przenosił się do Juventusu, poprosił działaczy „Starej Damy”, by ci pomogli znaleźć jego przyjacielowi klub we Włoszech. I udało się – Bettoni wkrótce wylądował w trzecioligowym Avezzano Calcio.

El Pais, FourFourTwo / @zidane (foto)

18 listopada 2000 roku sir Alex Ferguson nie zasiadł na ławce trenerskiej Manchesteru United podczas derbowego spotkania z Manchesterem City, ponieważ w tym samym dniu w Republice Południowej Afryki ślub brał jeden z jego synów.

Był to jeden z trzech przypadków podczas wieloletniej pracy Szkota na Old Trafford, że nie był on obecny na meczu swojej drużyny.

We wspomnianym spotkaniu z „The CItizens” Fergusona zastąpił jego asystent, Steve McClaren. United wygrali 1:0 po golu Davida Beckhama.

BBC / Manchester United FC (foto)

Gdy zimą 2012 roku ówczesny menadżer Espanyolu, Mauricio Pochettino, łączony był z pracą w Realu Madryt, skomentował plotki następująco: „Moje dzieci codziennie zasypiają w piżamach Espanyolu, więc ciężko mi w ogóle myśleć o zmianie klubu”.

Usłyszał to Jose Mourinho, ówczesny trener „Królewskich”. Spotykając Pochettino przed meczem ich drużyn, wręczył mu dwa komplety strojów Realu. – To dla twoim dzieci. Od teraz niech śpią w tym – wypalił Portugalczyk.

Marca / @josemourinho (foto)

„Wszystko wskazuje na to, że – tak, tak, to prawda – Czesław Michniewicz zostanie szkoleniowcem Los Angeles Galaxy. Tam właśnie gra David Beckham” – pisał w 2007 roku „Dziennik”, a konkretnie – Krzysztof Stanowski, dziennikarz i przyjaciel Michniewicza.

Był tylko jeden problem, o którym panowie nie wiedzieli. Osoba, która zaproponowała pracę Michniewiczowi nie nazywała się Anna Johnson (jak podawała) i nie była asystentką dyrektora klubu (jak twierdziła). Ofertę „Polskiemu Mourinho” złożyła… dziennikarka „Super Expressu”, Marta Rawicz-Kosecka.

(Teraz na moment odejdźmy od futbolu: ta sama dziennikarka ma na koncie wygrany proces z Marcinem Najmanem, który nazwał ją „kochanką Salety”. Najman do dziś nie zrealizował wyroku sądu. Wracamy do piłki nożnej)

Michniewicz połknął przynętę. Był wtedy mistrzem Polski z Zagłębiem Lubin, czuł się mocny. Tak mocny, że oczyma wyobraźni już trenował Beckhama, może nawet poprawiał jakość jego rzutów wolnych i dośrodkowań. – Proszę zadzwonić później, bo jestem na lekcji angielskiego. Właśnie ćwiczymy zdanie „David, wracaj do zajęć” – zażartował, gdy o komentarz poprosił go „Dziennik”. Ewidentnie poczuł wiatr w żagle.

W mailu, który Michniewicz napisał do rzekomej działaczki, był bardzo wylewny: „Obecnie zarabiam miesięcznie 48 tysięcy polskich złotych, to jest w przeliczeniu ok. 16 tysięcy dolarów, do tego dochodzą bonusy za wygrane mecze i zdobyte trofea. Gdyby była możliwość, to moja żona chętnie podjęłaby jakąś pracę, z zawodu jest magistrem wychowania fizycznego” – pisał.

Gdy „Super Express” triumfalnie ogłosił, że wpuścił „Polskiego Mourinho” w maliny, ten próbował obrócić sprawę w żart. – Mnie to nie śmieszy – skomentował krótko ówczesny prezes Zagłębia Lubin, Robert Pietryszyn, wyraźnie zażenowany całą sytuacją.

Super Express / Dziennik / michniewicz.com.pl (foto)

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.